Proza

Archiwum

Ktoś czuwa

 

&

 

Ktoś czuwa

 

Mój ty Boże, pomyślała, spoglądając na zegarek. Już tak późno? Nie zdążę kupić pieczywa. Powiedziała do siebie. Zastukała w szklane drzwi piekarni. Jak dobrze, znajome panie, pomyślała.anielskie-skrzydła
– czy dostanę jeszcze chleb?-
– proszę bardzo –
– jeszcze raz dziękuję –
Z uśmiechem się pożegnała. Do domu miała jeszcze kawał drogi. Padał deszcz ze śniegiem. Silny wiatr zginał parasol. Ani żywej duszy. Nawet uliczne latarnie wygasły. Nagle zobaczyła samochód. Wychyliła się spod parasola, który ledwo mogła utrzymać. Tak wiało. Był to policyjny radiowóz. Minął ją, nagle zatrzymał się i na wstecznym biegu powoli dojeżdżał w jej kierunku. Ogarnął ją strach. Drzwi radiowozu się otworzyły. Odezwał się do niej siedzący w nim policjant

— proszę, niech pani wsiądzie, taka paskudna pogoda —

– nie, dziękuję –  odparła.
Sama do samochodu z obcym mężczyzną? – była wystraszona.
– niech pani wsiada, nalegam, widzę, że boi się pani. Jestem nowym dzielnicowym w tym rejonie, robię objazd terenu, z map znam, ale muszę wiedzieć jak szybko dojechać na zapiecki. Mój poprzednik przeszedł na emeryturę i przejąłem jego sprawy. A w tym rejonie mam jedną.
– znała pani Józka? – zapytał.
Kiedy usłyszała imię starego dzielnicowego, nabrała ufności.
– jednak skorzystam – powiedziała, wsiadając.
Celowo jechał powoli, bo chciał porozmawiać. Patrzył na nią tak, jak mężczyźni patrzą na atrakcyjne kobiety. Rozmowa się rozkręcała.
– długo pani tu mieszka?
– tak od zamążpójścia, tu postawiliśmy dom, kocham to miejsce.
– istotnie, miejsce piękne – odparł.
– więc, wszystkich pani tutaj zna. Czy zna pani Annę Kowalską?
– tak — robię właśnie pod jej domem objazd. Ona jutro dostanie skierowanie do psychiatryka. Miewamy takie spotkania raz w miesiącu, dla tych dewiantów z Niebieskiej Karty. Synowa ją zgłosiła. Sprawa trwa od pół roku. Jak się jej pozbędą, to wreszcie będą mieć spokój –
Zamilkła, jakby pogoda dawała znak, że koniec świata. Poczuła silny ból w piersiach, duszność w krtani. Jak jeszcze chwilę temu było jej zimno, tak teraz czuła gorący, płynący pot na plecach.
– proszę się zatrzymać, tutaj mieszkam – wyszeptała z trudem.
Policjant był przekonany, że pójdzie do domu z drugiej strony ulicy. Nonszalancko wyjął jej torbę z zakupami. Uśmiechając się, wykrztusił do widzenia.
Zdjęła beret, jej długie włosy spłynęły kaskadą. Teraz, choć moczył je deszcz na przemian ze śniegiem, mógł się jej lepiej przyjrzeć.
– proszę pana – powiedziała drżącym głosem – czy rozmawiając ze mną, zauważył pan jakiekolwiek symptomy chorej psychicznie, czy jestem staruchą z jednym zębem, Anna Kowalska to ja. Mam odpowiedzialną pracę, z której właśnie wracam. Pracuję w dwóch renomowanych Firmach. Pracuję, by utrzymać dom, dzieci. Czy chorą psychicznie, by ktoś zatrudniał? Nawet do mnie nie dociera, o czym pan mówi…
Ja normalnie wracam do domu, po pracy. Nigdzie nie wychodzę, z nikim nie rozmawiam, bo i późno wracam. Fakt, z synową nie utrzymuję matczynych relacji, ale…nie to niemożliwe, przecież przyjęłam ją pod swój dach. Niedawno zmarł mąż w wypadku, więc chcę być sama. Jestem w okresie żałoby –
Łzy jej płynęły jak potok. Policjant podszedł blisko niej. Po chwili potarł twarz jak dziecko, które się wstydzi.
– nawet nie wiem, co mam pani powiedzieć – plątał się. – Proszę mnie zrozumieć. Ja mam teczkę z aktami. Mam dokończyć sprawę. Myślę, że to spotkanie nie było przypadkowe. Ktoś nad panią czuwa. Obiecuję, że wszystko sprawdzę jeszcze raz. Proszę, tu są moje namiary. Będziemy w kontakcie. –
– miłego wieczoru, przykro mi – powiedział. Wsiadł od radiowozu, powoli odjeżdżając.
– miłego – odpowiedziała, po czasie, otwierając furtkę.
Idąc chodniczkiem w kierunku drzwi domu chwiała się. Zbaczała z niego, nachodziła na kwiaty osłonięte przed zimą, a przecież znała tu każdą kostkę brukową, każdy krzew, drzewo. Te kilkanaście metrów wydawały się jej nieskończoną drogą. Oparła się o futrynę drzwi i wybuchnęła płaczem…
– nie, ja nie wierzę, nie wierzę w to, co mówił, śnię, przecież, ja o niczym nie wiem –
– Adam, pomóż mi – zwróciła się do męża, patrząc w kierunku nieba…

 

 

Lena Maria T.

1 Komentarze

Odpowiedz

6 + 20 =