Proza

Archiwum

Wieloródki jedynaków

zdj. z int.
zdj. z int.

****
– Pani mama jest w fatalnym stanie, powiem więcej, jest bardzo źle – powiedział lekarz.
– Więc co mam zrobić? – zapytała zatroskana Marta. Jest u was na oddziale od tygodnia. I pan mi teraz ją daje do domu? W takim stanie? – spojrzała na wypis szpitalny, który dostała od pielęgniarki. Kartka w ręku trzęsła się. Łzy kręciły w oku.
– Czy chce mi pan powiedzieć, że ma w domu umrzeć? Przecież nie potrafi nawet usiąść o własnych siłach. Wymioty z krwią, wręcz cuchnie ropą, brzuch opuchnięty jak opona. Kpiny sobie robicie. W końcu korzysta z tego, co jej się należy. Całe życie pracowała. Jest ubezpieczona. Wiekowo przekroczyła granice, by żyć! – uniosła się
– Obiecał mi pan, że będzie od dzisiaj na chirurgii. Że tutaj na wewnętrznym zrobicie powtórne badania serca i zabieg operacyjny…Zamilkła.
– Tłumaczyłem pani, nikt nie podejmie się jej uśpienia. Po prostu, nie przeżyje. –
– Wobec tego ja jej nie zabieram dzisiaj. Pracuję zawodowo, mam małe dzieci i męża na rozjazdach, ale wrócę jutro po nią. Proszę mi dać jeden dzień. Ale lojalnie pana informuję, że wychodząc stąd kieruję kroki do właściwego punktu ZOZ- u. Składam na Was skargę. Wzburzona wyszła. Poszła na piętro do sali szpitalnej, na której leżała mama. Nie powiedziała jej prawdy. Kobieta zawodziła z bólu. Była bardzo zmieniona.
– Boże, nie pozwól jej tak umierać – pomyślała Marta. Połykając łzy. Spojrzała na zegarek.
– Późno, muszę odebrać dzieci ze świetlicy szkolnej – powiedziała. Jutro po pracy przyjadę. Trzymaj się mamuś – pochyliła się, by ją ucałować.
– Pamiętaj zostawiam ci telefon, w razie potrzeby pielęgniarka zadzwoni do mnie
Kiedy się odwróciła zobaczyła lekarza – proszę na chwilę do mnie, powiedział.
Weszli do gabinetu. – Proszę usiąść – powiedział, wskazując dłonią na krzesło.
– Rozmawiałem jeszcze raz z anestezjologiem, ciągnął, dobrze zrobimy ten zabieg, ale pani podpisuje zgodę i bierze odpowiedzialność, całkowitą. Zaznaczam, jej serce jest bardzo osłabione.. – Marta przerwała mu wpół zdania
– Ja? Odpowiedzialność? Nie dowierzam…to jak ma odejść, to w godnych warunkach, nie w cierpieniu, tutaj macie środki przeciwbólowe, w brzuchu stan zapalny, ma gnić?- przepraszam za określenie, ale dosadne, w domu?. Bardzo się cieszę z decyzji.
Mimo wszystko dziękuję. Bardzo. Kiedy to planujecie zrobić? –
– Jak najszybciej, infekcja zrobiła swoje. Lekarstwa podawane to za mało. Jutro.-
– Dobrze, będę.-  Pożegnała się. Odebrała dzieci. Całą noc nie spała. Była przemęczona. To już dwa tygodnie w biegu. A jutro czekał ją ciężki dzień.

Następnego dnia była o czasie w szpitalu. Trzymała mamę za rękę. Dobrze, że nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji. Może trzymam ją ostatni raz. Może patrzę w jej piękne oczy ostatni raz. Łzy popłynęły…Będę czekać, mamuś – powiedziała.
Drzwi operacyjnej zamknęły się. Boże, nie pozwól jej odejść teraz, pomyślała. Usiadła na ławeczce. Czas dłużył się. Była bardzo zmęczona. Zadzwoniła do koleżanki, by odebrała i zaopiekowała się dziećmi. Dobrze, że ją mam –rzekła.

A gdzie Janka? Przecież też jest jej córką. Mieszka nie daleko. Rozmawia tylko telefonicznie i podaje mi adresy gabinetów lekarskich, gdzie mam jechać z mamą. Ja u niej sprzątam, robię zakupy, dokładam finansowo, a ona odświętny gość. Ja też pracuję, mąż ciągle w delegacjach, też mam dzieci i co robić w domu, ech szkoda słów – westchnęła. Ukochana córcia mamusi, od urodzenia. Głowę wsparła o ścianę ze zmęczenia. Chętnie bym się zdrzemnęła, pomyślała. Od wielu tygodni mało spałam.

Po kilku godzinach drzwi otworzyły się. Zobaczyła lekarza. Zamarła. Z wyrazu twarzy chciała wyczytać rodzaj wiadomości, ale nie udało się. On też był zmęczony.
– Stan jest ciężki. Zrobiliśmy co w naszej mocy. Jutro coś więcej mogę powiedzieć. Teraz przewieziemy ją na Intensywną Terapię. Proszę jechać do domu. Też jest pani zmęczona.
Kiedy ją przewozili pozwolono dotknąć jej dłoni. Pojechała do dzieci, ale wróciła za parę godzin. Czuwała pod salą. Następne trzy dni tak samo. Praca, dzieci, szpital.
– Wreszcie mogę pani powiedzieć – zwrócił się do niej lekarz – kryzys minął. Potrzymamy ją jeszcze trochę. Sami cieszymy się. A jednak udało się – uśmiechną się do Marty. Następnego dnia mogła usiąść przy łóżku. Wzięła rękę mamy. Wzruszona powiedziała – witaj pośród żywych mamuś.
Mama pokazała palcem, by się zbliżyła do ucha, bo szeptała:
– czy masz Martuś telefon przy sobie? – tak – odparła nieco zdziwiona.
To proszę cię, szeptała dalej – wykręć numer do Janeczki –
Marta nadal nie dowierzała, ledwo mówiła, ale spełniła jej prośbę
Trzymała telefon przy uchu mamy.Usłyszała:
– Janeczka? – to ty? – tutaj twoja mama, myślałam, że umieram, nie martw się jest dobrze.
Lena Maria T.Marta wyłączyła telefon i wybiegła na korytarz. Wpadła na lekarza. Ten słysząc jej szloch dotknął ze współczuciem jej ramienia – rozumiem, to wzruszenie….

 

 

 

*

0 Komentarze

Odpowiedz

5 × five =