Proza

Archiwum

Wypominki / zalecki

                                                                      

  

.

zdj. z int.

 

 

Wypominki /zalecki

 

 

 

Listopadowe Święto dryluje mnie, od środka. Chyba to samo czują owoce, kiedy wpychamy w ich wnętrze ostrze lub paluchy, by wyjąć pestkę. Coś co formuje kształt, zewnętrzny zarys, charakterystyczny każdemu. Flaczeję, to najbardziej dosadne określenie. Najbliżsi memu sercu odchodzili w tym czasie, kiedy to jesień pokazuje się w najpiękniejszych szatach. W purpurze, starym złocie i dojrzałej zieleni, kiedy to opadłe liście uzmysławiają nam o nieuniknionym przemijaniu. A my tego faktu nie przyjmujemy do wiadomości. Tak choćby nas, tylko nas miało to ominąć. Ocieranie się o śmierć bliskich pozostawia trwały ślad. Jakkolwiek by rany po czasie nie wyglądały. Co wydaje się absurdalnym to ich odejście diametralnie zmieniło moje życie. Wszak byłam zdrowa, miałam pracę, gdzie mieszkać i dla kogo dalej żyć.

A jednak! Byłam pomimo to uzależniona.

Cudowny dźwięk miażdżonych jesiennych liści, ich niepowtarzalny zapach kojarzony od lat ze spacerem z delektowaniem się, ze splecionym dłońmi został przekodowany na lata. I to tak nienaruszalnie jak w PDF-ie. Bowiem w takiej choreografii szłam w kondukcie żałobnym, tuż za trumną. Nie pamiętam postaci, prócz dzieci,  ale wiem co słyszałam. Nokturn Chopina! … wciąż ten sam…kończył się i zaczynał…kończył się i zaczynał…

Potem nastawał czas jesiennego deszczu. Kojącego, pieszczącego kroplami spływającymi po szybach.

A za nim wszystko okrywający biały śnieg. Dopilnował, by nic nie wystawało, jak stopy spod kołdry. Zrobił to skutecznie z mrozem. Tak latami powstawała biała kartka. Czekała na nowy zapis.

 

Lena Maria T..

 

 

 


0 Komentarze

Odpowiedz

trzy × 5 =